sobota, 22 listopada 2014

Rozdział 61

Wstaję z podłogi. Jestem w lekkim szoku, ale jakoś próbuję sobie to wytłumaczyć. Ross jest pijany. Tylko tyle. On się tak bawi... Ja też mogę.
- Jane? - widzę jak JJ wchodzi do pokoju i patrzy się na mnie zaskoczona. - Wszystko okej?
- Tak. - uśmiecham się. - Wszystko jest idealnie.

Impreza trwa. Dom Ross'a wygląda jak pobojowisko, ale mu chyba to nie przeszkadza. Widzę jak sięga po kolejny kieliszek wódki. Wygląda okropnie. Niby ma ten swój amerykański uśmieszek, ale nic mu to nie daje przy niemożliwie podkrążonych oczach, spoconych włosach i alkoholowym oddechu. Jak ja się cieszę, że jeszcze nie piłam.
Dobra. Krok po kroku przechodzę przez korytarz pełen ludzi, aż w końcu dostaję się do drzwi i wychodzę na świeże powietrze. Po chwili na moim ciele pojawia się gęsia skórka. Zimno... okropnie zimno. Siadam na ogrodowym fotelu, który stoi na tarasie. Gdyby nie myśl, ze tam w środku prowadzi się jakieś spustoszenie byłby to całkiem przyjemny wieczór.
Na ławce obok fotela leży jakiś koc. Szybko się nim nakrywam. Mam ochotę już stad iść, ale obiecałam JJ, ze zabiorę się z nią, wiec nie mam wyboru jak tylko przeczekać. Po chwili widzę jak otwierają się drzwi od domu.
- Zaraz wracam!!! - ktoś dosłownie "wrzeszczy". Ross...
Widzę jak chłopak ledwo stojąc na nogach podchodzi do mnie. Skąd wie gdzie dokąd poszłam?
- Odsuń się. - tak szczerze to chce mi się z niego śmiać.
- Idziesz popływać?
- Jest zimno! Odbiło ci?
- Basen mamy podgrzewany. Woda jest gorąca. - uśmiecha się wyciągając rękę. I choć jest pijany, na twarzy znów ma swój "trzeźwo" powalający uśmiech. Łapię go za rękę.
- Ale nie mam stroju. - niepewnie się zatrzymuję.
- To pokaż cycki. - śmieje się.
- Pomarz sobie. - odpowiadam mu tym samym.

Zatrzymuję się przy krawędzi basenu, nico dalej od Ross'a bo jestem prawie pewna, że miał na celu wrzucić mnie do wody i sobie pójść. Bezczel.
Moje obcasy lądują na podłodze razem z sukienką. Jak ja się cieszę że mam na sobie wodoodporny makijaż, choć i tak jestem pewna, ze spłynie mi jak tylko znajdę się pod wodą.
- O cho-le-ra. - odwracam się w stronę Ross'a przerażona jego krzykiem. - Nie przestaniesz mnie zaskakiwać...
- Wskakujemy? - pytam czując na sobie jego rozbierające spojrzenie. Zakładam kosmyk włosów za ucho. Po chwili widzę jak chłopak wskakuje do wody.
Woda jest ciepła. Czuję jak delikatnie opatula moje ciało. Spokojnie płynę pod wodą. Przyjemna cisza. Taka jest najlepsza.
Czuję na sobie czyjeś ręce. Ross. Jego ręce też są ciepłe. Szybko jednak odpływam i wychodzę na powierzchnie, by nabrać trochę powietrza. Natychmiast jednak wracam pod wodę i podpływam do Ross'a. Pod wodą blondyn zaczyna się wygłupiać, a mnie to rozśmiesza. Wiem, że alkohol sprawia, ze ludzie zachowują się inaczej, ale myślałam, ze nawet to nie sprawi, ze Ross będzie słodki. A teraz... jest. Znów muszę nabrać powietrza i myślę, ze Ross też, bo powoli robi się czerwony. Jeden szybki wdech i znów jesteśmy pod wodą. ale teraz jest inaczej. Ross już się nie wygłupia tylko patrzy na mnie tymi swoimi ciemnymi oczami. Znów pożera mnie wzrokiem...
Ale ta cisza zaczyna mnie przytłaczać, a może to znów brak powietrza.

Opieram się o ścianę basenu, a Ross staje obok mnie.
- Co za noc! - mówi sam do siebie. - Mogę już legalnie pić, tańczyła dla mnie blondyna i teraz pływam sobie z tobą, nie przejmując się stanem mojego domu. Idealnie. - O mój Boże! On gada trzy po trzy. - A...ale wiesz co? Podobasz mi się w tej bieliźnie. Seksowna jesteś. Zawsze byłaś... choć nie! Wtedy kiedy ubierałaś się jak chłopak. Wtedy nie. I do tego byłaś bardziej uprzedzona. Teraz jest lepiej. - jego ton głosu tak mnie śmieszy, że nie jestem w stanie skupić się na czym on mówi.
- To co? Jeszce raz pod wodę?

Znów ta cisza. Ale cisza leczy duszę. Uśmiecham się. Zmysłowo wodzę wzrokiem za blondynem, który robi dosłownie to samo ze mną. Taka filmowa chwila zwolnienia i znów się uśmiecham.
I znów go pożądam, co jest niemożliwe... bo jestem trzeźwa.

Wychodzimy z wody i chłopak podaje mi ręcznik. Jak na pijanego gościa jest dość ogarnięty.
- Dzięki. - super. Teraz muszę albo szybko znaleźć suszarkę w jego domu, albo zostać tutaj, aż do czasu kiedy moje włosy wyschną. Decyduję się na suszarkę. Ubieram sukienkę na mokrą bieliznę i idę za blondynem.
To co widzę jest... okropne. Dom jest zdemolowany, pijani ludzie leżą na podłodze lub szaleją. Jest koszmarnie. Nie mogę dopatrzyć sie JJ, wiec to znaczy, ze albo poszła beze mnie, albo pieprzy sie gdzieś na górze z Drakem. Nie obchodzi mnie to.
- Ross? - patrzę się. na blondyna, który jest przerażony stanem rzeczy. Może lepiej stad wyjść. Biorę blondyna pod ramię.
- Co robisz? - pyta się wściekły.
- Zabieram Cię stąd! - krzyczę ciągnąc go za jego umięśnioną łapę. - I tak teraz nic tu nie zrobisz!
Blondyn zszokowany da mi się prowadzić. Choć raz.

Dochodzimy do mojego domu w dość szybkim tempie jak an moje szpile. Na całe szczęście mam już śpi. Zdejmuje obcasy, a Ross'owi każę udać się an górę. Chłopak ledwo wchodzi po schodach z powodu alkoholu, więc pomagam mu dostać się do mojego pokoju w miarę cicho. Sadzam go na łóżku, a sama idę przebrać się do łazienki.

- Wszystko okej? - pytam wracając do pokoju.
- Nie. Rodzice mnie zabiją. Nie wiem.
- Nie zabiją. Małe szkody.
- Małe? Połowa salonu jest zdemolowana!
- Ciszej! - uspokajam go. - Kiedy wracają?
- Pojutrze.
- Pomogę Ci to wszystko sprzątnąć. Damy radę.
- Serio? - jest zdziwiony, a ja potwierdzająco kiwam głową.
Szybko zgaszam światło, zamykam drzwi i kładę się obok niego. Znów mi jest zimno, wiec chcąc nie chcąc przytulam się do niego. On zawsze jest ciepły.
Nagle czuję jak jego dłoń powoli wędruje wzdłuż mojego ciała. Wszystkie moje mięśnie się napinają, kiedy jego ręka wodzi przy moim pępku. Coraz niżej, niżej. Nie chcę mu pozwolić, ale nie chcę też żeby przestał. To takie,,, zmysłowe, erotyczne? Cudowne...
Jego ręka przekracza granicę, i po chwili czuję jak pieści nią moją kobiecość. Muszę być cicho, ale ciężko jest przezwyciężyć odgłosy, które wydobywają się ze mnie przy każdym ruchu jego ręki.
- Przestań... - szepczę, bo już nie mogę tego wytrzymać.
- Kocham Cię. - nagle mówi, a ja zrywam się z łóżka i patrzę na niego zdziwiona.


_________________________________________________________________________________

Proszę komentujcie, ja wiem, ze pisze dla siebie zawsze to powtarzam, jednak komenty też są fajne ://

I mam prośbę, znaczy w sumie nie prośbę, ale obejrzyjcie filmik. Zrobiła go moja bff i moi koledzy i ich filmik zdobył pierwsze miejsce na sztuce wyboru. Według mnie jest świetny, bo trzeba nad nim trochę pomyślec.

https://www.youtube.com/watch?v=vCgxF5btbFI

niedziela, 16 listopada 2014

Rozdział 60

"Party"
Święta były niesamowite. Dostałam mnóstwo prezentów, ale najbardziej ucieszyły mnie moje wymarzone buty i nowy komputer, bo stary raził mnie prądem. Od czasu "jemiołowego" spotkania nie gadałam z Ross'em, ale w końcu minęło tylko 5 dni.
Teraz siedzę przy oknie popijając kakao i zatracając się w "50 twarzach Grey'a". Co jak co, ale warto przeczytać. Niby książka o seksie! Powierzchowne gadanie ludzi, którzy słyszeli opinie mediów! Brednie.
"Chcę żeby twój świat zaczynał się i kończył na mnie". Christian! Czemu u mnie w mieście nie ma takiego Christiana Grey'a. Ja musiałam trafić na tlenionego bałwana, który - co prawda - też dużo myśli o seksie, ale Grey szanuje swoją kobietę. Ale ja nie jestem kobietą Ross'a. Szlag!
Po chwili widzę jak na dworze zaczyna mocno śnieżyć, ale się tym nie przejmuję. Czuję, że mama odgrzewa karpia z świąt, więc szybko zbiegam na dół. To cudowne, ze dostała jeden dzień wolnego i w końcu mogę z nią posiedzieć.
- Mmm... karp!
- Jane! - krzyczy na mnie kiedy paluchami sięgam po rybę - Weź sobie widelec! - upomina, a ja zdenerwowana wyciągam sztuciec z szuflady. - To co? Opowiesz jak tam było w szpitalu? U dzieci? - racja. Przecież jeszcze nie opowiadałam mamie nic o tym co się stało, bo ona wiecznie pracuje!
- Dobrze. Spotkałam Ross'a z rodzeństwem. Wiesz... tego blondyna z mojej klasy.
- Tego co zrobił dziecko tej biednej Jessice?! - syczy.
- Mamo! To nie on! To... Brandon... - nagle zaczyna mi się robić gorąco.
- Brandon?! Ten twój Brandon?
- Tak. - ta rozmowa chyba się nie skończy. Zaraz zemdleje!
- To dziwne. Taki miły chłopak, myślałam, że mu na Tobie zależy.
- Stare dzieje. Niewarte wspominek.
- No trudno. - podsumowuje i chwile siedzimy w ciszy sącząc gorące napoje. - A właśnie! Przyszła poczta i jest coś do ciebie. - wskazuje na stolik do kawy gdzie leży kilka kopert. Szybko do niej podbiegam. Rachunek, rachunek, wygraj skuter, jest! Żółta koperta jest zaadresowana do mnie. Otwieram ją i szybko odczytuję.
"Impreza Ross'a Lyncha z okazji jego 21 urodzin godz. 18.00, Downstreet 23, 29.12.2014"
Co? Zaprosił mnie na urodziny, ale... chwila! 29 jest dzisiaj!
- Mamo! Od kiedy są te koperty w skrzynce?! - zdenerwowana krzyczę, a ona od razu dostaje piany w ustach.
- Nie wiem! To mój pierwszy wolny dzień od niepamiętnych czasów, a ty mi wypominasz, ze nie wyjęłam kopert!
- Wybacz. - prycham i szybko idę na górę. Co prawda do 18.00 mam jeszcze trzy godziny, ale nawet nie wiem kto tam idzie. A jeśli będę jedyną dziewczyną, a Ross i reszta tej jego ferajny będzie chciała mnie wykorzystać? Na samą myśl mam nieprzyjemne drgawki na plecach. Biorę do reki telefon i szybko dzwonię do JJ.
- Halo! JJ! Ciebie Ross też zaprosił na urodziny?
- Omg! Tak, ale nie chciałam Ci mówić.
- Czemu?
- Bo myślałam, ze ty nie zostałaś, a ja chcę tam iść, bo wiesz, Drake będzie, a dawno go nie widziałam i...
- ALE IDĘ!
- Na serio?!
- Czemu nie? Najem się za darmo, potańczę, pogadam ze znajomymi. Wcale nie muszę wszystkiego robić z Ross'em...
- Ale i tak się odstawisz! - prawie słyszę jak się uśmiecha przez telefon.
- Tak! BO MAM PRAWO! - zdenerwowana, ale jednocześnie rozśmieszona rzucam telefonem na łóżko.
Wyjmuję z szafki czerwoną bieliznę. Tak! Czerwoną, bo sukienkę również będę miała w tym kolorze. Nakładam na stopy japonki i owinięta w ręcznik udaję się do łazienki.
Woda powoli spływa mi najpierw po włosach, a później po plecach, aż dochodzi do skóry pośladków, która pod jej wpływem dostaje "gęsiej skórki". Szybko myję włosy i nakładam na nie odżywkę. Włosy zawijam w turban i zaczynam zakładać na siebie bieliznę. Łał... w tych gatkach wyglądam naprawdę seksownie. Zakładam stanik i jak na umór spada mi jedno ramiączko, które seksownie poprawiam. Po wyjściu z łazienki szybko biegnę przez korytarz, bo mama musiała, oczywiście, otworzyć okno.
Wyjmuję biały lakier i nakładam na paznokcie po dwie warstwy. Boże... czemu ten lakier tak wolno schnie!?
Gdy wreszcie się doczekałam, szybko biegnę wysuszyć włosy, bo lokówka, którą włączyłam milion lat temu zaraz spali mi łózko.
Perfekcyjnie! Kiedy loki są już gotowe, spryskuję je toną lakieru. Maluję idealne kreski, a rzęsy tuszuję maskarą. Jeszcze tylko...sukienka. Kupiłam ja kiedyś w dość drogim sklepie, ale nigdy nie miałam odwagi by ją założyć. Ma zbyt wycięty dekolt i jest za krótka, ale myślę że wyglądam w niej wspaniale. Nigdy nie byłam skromna.
Godzina, godzina...? Mam tylko pół godziny? Boże jak ten czas płynie! Na nogi nakładam czerwone szpilki. Zmarznę! Oj zmarznę!
Szybko zakładam płaszcz i zanim mama zdąży wynurzyć się z kuchni, ja rzucam krótkie "PA!" i wybiegam z domu. Ledwo utrzymuję kontrolę na nogach... bo te szpilki są zabójcze.
Na imprezę docieram równo o 18.00. Już słyszę muzykę, która zapewne ogłuszy mnie po 5 minutach od wejścia.
Po przekroczeniu drzwi widzę wielkie straty w domu, ale w końcu to nie moja posiadłość, wiec mogę się wyluzować, choć będzie ciężko, bo jest tutaj tyle ludzi, że nie da się oddychać.
- Jane! - słyszę za sobą krzyk JJ, która już stoi u boku Drake'a.
- Hej! - uśmiecham się do niej. - Drake. - skinam głową.
- Jane. - odpowiada mi równie chłodno. - Wiesz chciałem Cię wysłać do Ross'a, ale on Cię chyba zauważył. - wskazuje palcem na postać, która chyba już od dłuższego czasu ma otwartą buzię. Ross szybko się jednak otrząsa i w zaskakującym tempie podbiega do nas. Do mnie. Bo dziwnym trafem Drake i JJ się ulotnili.
- Jane? Wyglądasz... łał. - chwilę stoimy w milczeniu i, aż czuję, że moje policzki przybierają kolor sukienki. - Prawie mi to przypomina ten czas, kiedy pierwszy raz zobaczyłem Cię w takich ciuchach, ale teraz... wyglądasz... - ale nie kończy, bo jakiś kumpel łapie go za ramię.
- Ross, striptizerki przyszły! - Co? A no tak. Ross osiąga pełnomożność czy jakoś tak...? Pełnoletni jest, ale teraz może na legalu robić wszystko. Nie wiem czy striptizerki też są od 21 lat, ale... to i tak dziwne.
Chłopacy sadzają Ross na jakimś specjalnym siedzeniu i jakaś blondyna z wielkimi cycami siada na nim okrakiem i zaczyna wykonywać jakiś dziki taniec. Myślałam, że mnie to zaboli, ale jednak mnie to śmieszy, bo to jest chyba drugi raz, kiedy Ross ma tak zagubioną minę. Po chwili się jednak odnajduje i w rytm muzyki wszyscy zaczynają klaskać i ja również. Jednak po tym całym tańcu w pomieszczeniu zaczyna się robić duszno, a ja muszę odsapnąć. Wymykam się na górę do jego pokoju i siadam przy biurku. Niechcący dotykam jakiejś kartki, która jest zapisana słowami. To piosenka. O MÓJ BOŻE! To jest to, co pisał razem ze mną. No, ja tam dodałam jakieś linijki. Cichutko zaczynam sobie śpiewać, aż w końcu idę na pełen wokal i w tym samym momencie do pokoju wchodzi Ross.
Cholera!
- Ej! Niezły wokal, czy mogłabyś jeszcze raz zaśpiewać. - uśmiecha się, a ja niepewnie zaczynam nucić. - To będzie świetna melodia. - rzuca telefon na łóżko, a po chwili sam się na nim kładzie.
- Nagrałeś to?
- Tak. Ale to nieważne. Czemu sobie poszłaś?
- Duszno mi się zrobiło.
- Aaa. Ale wiesz... teraz jesteśmy w moim pokoju... sami. Jak za starych, dobrych lat. - chcę już szybko biec do wyjścia, ale chłopak zagradza mi drogę. - Mam dziś urodziny..., a ty wyglądasz tak wulgarnie w tej sukience.
- Co proszę?
- Erotycznie, seksownie... wszystko. Dawno nie widziałem twoich cycków. Może pokażesz je teraz?
- Wal się.
- Kusząca propozycja, ale nie lubię samowystarczalności. Jakbyś powiedziała "wal mię" to bym się zgodził. - blondyn niebezpiecznie łapie mnie za nadgarstki, a w oczach ma swój błysk podniecenia.
- Myślałam, ze już dorosłeś.
- Dorosłem, ale ja też myślałem, ze mnie polubiłaś...
- Polubiłam, ale kiedy udajesz takiego maczo-mena to... - ale nie udaje mi się dokończyć, bo blondyn jednym ruchem się obraca, a ja przywieram do drzwi.
- Nadal taka wygadana?
- Jedzie od Ciebie alkoholem. Odsuń się!
- Teraz mogę legalnie pić. Nikt mi tego nie zabroni. Nawet ty. - uśmiecha się, a ja powoli mdleję kiedy jego oddech dociera do mojego nosa.
- Jesteś pijany. - mruczę niespokojnie, odwracając głowę na bok. - Zostaw mnie... - szepczę i próbuję się wyszarpać. - Zostaw. - Jezus! Niech on przestanie mnie tak mocno ściskać.
Nagle jego usta wpajają się w moje, a jego język zaczyna tańczyć z moim. Próbuję się wyrwać. Jest pijany. Coraz mocniej zaciska mi nadgarstki. Chcę jakoś odwrócić głowę, ale jego usta zawsze znajdą moje. Kiedy w końcu puszcza moje wargi, spogląda mi w oczy.
Po raz pierwszy w tych jego ciemnych oczach nie widzę nic. Puste. Pijane. Żałosne,
- Dzięki. - prycha. Jednym ruchem odpycha mnie od drzwi, tak, ze prawie upadam na podłogę.
Kiedy blondyn opuszcza pokój, ja siadam na ziemi, chowając głowę pomiędzy kolana.
"Chcę żeby twój świat zaczynał się i kończył na mnie".

_____________________________________________________________

Omg. Końcówkę sama polubiłam, w ogóle ten rozdział jest spoko. Lubię go :D
Pozdrawiam - chora Sylka.
A wiecie co mnie najbardziej śmieszy :D kiedy mówicie, ze Jane czasami was wkurza, albo że czasami jej nie lubicie. Bo Jane posiada praktycznie wszystkie moje cechy i kilka własnych.
Kocham was <3

piątek, 14 listopada 2014

Rozdział 59

- Wesołych Świąt! - krzyczy moja mama rozdając wszystkim pierniki domowej roboty. Babcie rozmawiają o problemach trzeciego świata, dziadkowie razem z moim ojcem i wujkami znów zostali pochłonięci rozmową o polityce i bankach. A ja siedzę z Chrisem w internecie. Nie mam bladego pojęcia z kim on pisze, ale ja czatuję z JJ. Od czasu jej "planu" pogodziłyśmy się. Trochę to trwało, ale po kilku tygodniach jej latania za mną, zgodziłam się jej wybaczyć.
ME: No weź...
JJ: No dobra. Ej, a  w ogóle idziesz dziś do tych szpitali, do tych dzieci.
ME: Nom. Idę. A ty?
JJ: Sorki, ale tak za bardzo to nie mogę, wiesz... jest moja daleka kuzynka i matka kazała mi zostać, więc...
ME: Dobra pójdę z Chrisem -.-
Zdenerwowana odkładam telefon. Cholera! Myślałam, ze razem z JJ będę mogła sobie pochodzić, pogadać... ale nie! Ona musiała posłuchać się mamy i zostać z kuzynką...
- Jane! Christian! - moja mama woła nas z dołu. Czas na świąteczny posiłek. Schodząc na dół prawie wywalam się na schodach przez te szpile, a na szczęście Chris łapie mnie w ostatnim momencie. 
- Dzięki.
- Wiesz co? Mógłbym Cię wyśmiać, ale pamiętam Cię jako taką... chłopczycę. Teraz jest lepiej.
- Dzięki. - uśmiecham się.
- To przez seks z Ross'em? - chcę już walnąć Chrisa, ale w drzwiach pojawia się moja ciotka
- Jaki seks z Ross'em? - pyta oparta o ścianę, mając na sobie ten poczciwy uśmieszek.
- Co? Powiedziałem SER. Mam ochotę na sernik z ROZMARYNEM. - uśmiecha się zmieszany.
- No oczywiście! Tylko, ze rozmarynu nie używa się do ciast, więc...
- Chodźcie! - dzięki mamo! 
Idziemy do salonu, Szybko dzielimy się opłatkiem i zasiadamy do stołu. Zostałam posadzona między babcią, a wujkiem. Świetny zestaw! Babcia zacznie się pytać o szkołę, a wujek stroić jakieś śmieszne żarty.
- I jak tam, wnusio? Opowiadaj! Jak w szkole? - mówiłam? Mówiłam!
- W porządku. oceny dobre, ludzie też fajni.
- A masz jakiegoś kawalera? - Ulubione pytanie babć! Kawaler... Kawaler...
I tu się pojawia pytanie czy mam trzech, czy nie mam żadnego...
Brandon.
Nadal mam z nim świetny kontakt, ale... boli mnie to, ze nie taki jak kiedyś. Czasami dzwoni do mnie, pyta się o wszystko, ale od kiedy Jessica mu wybaczyła i jest z nią szczęśliwy - to boli. Obserwowanie kogoś kogo kochałaś z kimś kogo nienawidziłaś jest łamiącym serce widokiem.
Jason.
Jedyny chłopak, który Cię zawsze w pełni szanował, a ty go zwyczajnie olałaś Jane. Idiotka!
Tleniony bałwan.
Tak naprawdę to... teraz jesteśmy dobrymi kolegami. On nadal jest jakimś zacofanym i napuszonym neandertalczykiem, ale przynajmniej mnie AŻ TAK nie obraża.
- Nie, babciu, nie mam. mam dobrego kolegę, ale...
- Jak am na imię? Ten twój Brandon?
- Nie Brandon teraz ma... wyjechał. - jakby babcia dowiedziała się, ze ma wpadkowe dziecko, to bym do jutra jej wszystkiego nie opowiedziała, a do tego musiałabym uwzględnić mnie i Ross'a w dość erotycznej sytuacji.
- To szkoda; miły chłopak. Więc? 
- Co?
- Jane! Musisz wychodzić! - Jezus mama dziś drugi raz ratuje mi życie.
- Pa babciu!
Szybko nakładam na siebie kurtkę i ciągnę za sobą Chrisa, który wcina jeszcze pierożka.
- Hej!
- Idziemy! - krzyczę i podaję mu kurtkę.
- Gdzie? - pyta się, kiedy juz znajdujemy się na ulicy.
- JJ nie może iść ze mną do szpitala, to biorę ciebie.
- A po co tam idziemy?
- Do chorych dzieci. Wiesz, one też obchodzą święta. - upominam go, a on wytyka język.

Do szpitala docieramy 20 minut po wyjściu. W recepcji meldujemy się i razem z grupką innych osób ruszamy do pierwszej sali. Zanim wejdziemy słyszę jednak piosenkę, którą na pewno znam. Nie!

- "Give me one more chance". - słyszę wchodząc do sali. Przy łóżku widzę Ross'a i resztę jego rodzeństwa. Blondyn się odwraca i widząc mnie lekko się uśmiecha.
- Cześć jesteśmy ze specjalnej organizacji i mamy dla was prezenty! - krzyczy członek naszej ekipy i z wielkiego worka wyciąga prezenty dla każdego z dzieci. Po chwili rozchodzimy się po szpitalu do różnych sal, by tam pospędzać, choć trochę czasu z dziećmi.
- Hej! - Ross łapie mnie za rękę, a ja ponownie tracę równowagę na obcasach i ląduję mu w ramionach.
- Cholera! Czemu zawsze ty?!
- Taki już nas los, taka nasza chwila.
- To brzmi jak słowa jakieś piosenki.
- Bo chyba są, ale nie jestem pewien... - i robi tą swoją "zamyśloną" minę, której tak rzadko używa.
- Ej, ja już skończyłam, swój obchód. Idziesz? - pytam się i wskazuję na drzwi.
- Dobra...? - chłopak mruży oczy. Jest to chyba pierwszy raz kiedy mu coś zaproponowałam.

Na dworze jest strasznie chłodno, ale da się wytrzymać. Idziemy koło siebie w ciszy. Ja nie mam ochoty się odzywać, ale on:
- Jak święta? Co dostałaś?
- Jeszcze nic. Uciekłam po tym jak babcia spytała się czy mam jakiegoś "kawalera".
- I co powiedziałaś?
- Że nie mam. - uśmiecham się.
- A ty coś dostałeś?
- Nową gitarę, skarpety od Rockiego i słodycze i w ogóle pełno, ale wiesz co? - uśmiecha się do mnie zatrzymując się. - Ode mnie możesz dostać pierwszy prezent!
Co on do cholery znów sobie upodobał? Wyjmuje coś malutkiego z kieszeni i powoli zawiesza mi nad głowa uśmiechając się przy tym. JEMIOŁA! O mój Boże! I co ja mam zrobić? No tak całowałam się z nim nie raz, inne rzeczy też robiłam NIE RAZ.
- No chodź. -  mówi. No nie! Ma na sobie ten amerykański uśmiech, po którym chyba każdy mdleje.
Zbliżam się do niego i... lekko cmokam go w policzek, po czym szybko uciekam kilka kroków od niego.
- Na razie, wesołych świąt! - macham mu na pożegnanie i odwracam się w swoją stronę. - Tleniony pajacu. - dodaję sama do siebie uśmiechając się.


_________________________________________________________________________________

Łeb mnie boli. Żal. W ogóle nie znoszę świata. Teraz w końcu mam zawody, a ja leże z bolącym uchem i głową :/ życie jest niesprawiedliwe. Az mi się nie chciało sprawdzać błędów ze złosci wiec PRZEPRASZAM.
PS. Ogladnijcie sobie bajkę "sklep dla samobójców" :D
Polecam 4 godziny nimfomanki dla każdego kto lubi filmy "dramat" "filozofia" "poezja", ale jest trudny i dla wielu nudny... :?
:)

poniedziałek, 10 listopada 2014

Rozdział 58



Obudziłam się około 3.00. Ross'a nie było obok mnie. Rozglądnęłam się po pokoju i zauważyłam, ze siedzi przy biurku i gryzmoli coś na kartce.
- Co robisz? - zapytałam, a blondyn podskoczył na krześle. - Haha! - zaśmiałam się, a chłopak spojrzał na mnie z wyrzutem.
- Piszę...
- Piosenkę?
- No. Raczej nic do szkoły.
- To oczywiste. - wstaję z łóżka i podchodzę do niego. - Powiedziałaś co powiedziałaś. Kiedy słowa ranią ciężko jest nie zapomnieć. Ale coś w mojej głowie nie chce się 'zresetować'. Nie możesz jeszcze zrezygnować z nas. Nie, wo-oh... I? Co dalej?
- Jakbym wiedział to bym napisał! To jest do bani! - Ross bierze kartkę do ręki i już zamierza ją podrzeć, ale ja szybko ją przechwytuję.
- Nie. To jest dobre, ale być może nie na pisanie o 3 nad ranem. Czekaj...może... Twoja miłość była taka prawdziwa. - podaję mu kartkę. - I?
- Może być, tylko co dalej? - pyta, a ja przyglądam się jego tablicy ze zdjęciami. Łał! Ross wygląda na tych fotografiach prawdziwiej... naturalniej - Już mam. - szepnął, a ja przeczytałam wers o jakimś "polu magnetycznym". - Ale teraz znów ma pustkę. - syknął i zaczął stukać długopisem po swoim kroczu.
- Hej, hej, hej, hej, hej! Spokojnie z tym długopisem. - uśmiecham się do niego. - Pozwól mu odsapnąć.
- Mam! - złapał długopis w rękę i zaczął pisać. - Pierwsza zwrotka. Resztę zostawię Rocky'emu. Rzucił kartkę w bok i po chwili rzucił się na łóżko. - Chodź do mnie!
- Chyba śnisz.
- Nie. Ale zaraz zasnę. Chyba, że zajmiesz się nim. - mówi pokazując na krocze.
- Ty się lecz na głowę, bo chyba zbyt mało snu Cię ogłupia.
- Nie czemu? Kiedyś mi TO zrobiłaś.
- No ej! - uśmiecham się. - Byłam pijana, no! - pajac.
- Pijana czy nie, fakt faktem. No chodź! - rozkłada ręce, a ja z udawaną niechęcią wpadam w jego ramiona. Czasami ten bałwan umie być spoko. Przytulam się do niego. Czuję jego żel pod prysznic. Jest niesamowity. Łącząc się z ciepłem jego ciała tworzy odurzającą mieszankę. Wkładam nos w jego szyję, a on powoli obraca mnie na plecy. Ja pytam się co to ma być, co to ma znaczyć? Nigdy w życiu sobie tego nie wybaczę. Jego nos najpierw muska mi usta, a później zatapiamy się w pocałunkach. Ross próbuję włożyć mi rękę pod koszulkę, ale w porę się otrząsam.
- Co my robimy? Zostaw!
- Całujemy się? - odpowiada sarkazmem.
- A nie powinniśmy.
- Czemu niby? Ja przecież...
- "Robię zawsze co chcę" - tak słyszałam to - przewracam oczami.
- Naprawdę nie chcesz? - Ross przelizuje wargi i delikatnie podnosi prawą brew. Cholera.
- Niezmiernie kusisz, ale...
- "Ale nie chcę całować się z tlenionym pajacem" - tak ja też to słyszałem, ale... czy to coś złego?
- Z tobą wszystko jest złe.
- O, nie, nie, nie, nie, nie... ze mną wszystko jest niegrzeczne.
- No racja. Ale ja nie jestem taka niegrzeczna jak ty, więc...
- Więc może się rozkręcisz?
- Nie.
- A co boisz się?
- Nie i nie prowokuj mnie! - grożę mu palcem.
- Dobra. Ja idę spać. - zarzuca na siebie kołdrę i odwraca się w stronę okna. Kładę się obok niego. Kurcze... ignorancja tak głupio wpływa na psychikę człowieka, ze masz ochotę zrobić wszystko, by dana osoba, nie była już na ciebie obrażona. Ale niestety inteligencja jakoś ratuje mnie z opresji.

Nad ranem promienie słońca rażą moje powieki i szybko wstaje z łóżka. Ross'a znów nie ma. Pewnie je śniadanie, a ja też czuję się mega głodna. Ubieram na siebie jakąś jego koszulkę, która sięga mi do kolan. Jestem prawie pewna, ze będzie się z ze mnie śmiać.

- Cześć! - Rydel wita mnie z uśmiechem kiedy schodzę po schodach. - Uważaj Ross będzie zły, to jego ulubiona koszulka.
- Naprawdę?
- Nie, ale często ją nosi, aż przesiąkła jego perfumami. - Rydel odwraca się, a ja od razu, wącham rzecz. Rzeczywiście pachnie jak on. Jeszcze ktoś pomyśli, ze jesteśmy razem, Zwłaszcza JJ. JJ! Boże, przez to, ze przytulałam się do Ross'a zapomniałam o niej. Łzy momentalnie pojawiają mi się w kącikach zielonych oczu. Lecę szybko do pokoju Ross'a i zdejmuje jego koszulkę. Dokładnie w tym momencie chłopak wchodzi do pokoju. Ma na sobie tylko ręcznik, który zwisa mu z bioder, a ja stoję w samym staniku. Mięśnie na jego brzuchu napinają się pod wpływem skompromitowania.  Ale nie obchodzi mnie to! Najważniejsza jest teraz JJ! Kolejna porcja łez napływa mi do oczu. Ross przedostaje się przez bajzel w swoim pokoju i łapie mnie za ramiona.
- Płaczesz? - nie, kurde, oczy mi się pocą!
- Nie... - mówię przez noc przecierając oczy rękawem. Ross przytula mnie, tak mocno, a jednak tak lekko jak to możliwe. Wtulam nos w jego pierś, która pachnie podobnie jak jego koszulka.
- Lubię, gdy przytulasz się do mnie półnaga. - uśmiecha się flirciarsko.
- Nawzajem pajacu. - uśmiecham się przez łzy. - Ale muszę iść.
- Do JJ?
- Ym... nie. Do domu pewnie rodzice mnie szukają. - jasne, że do JJ tleniony bałwanie.
- No okej... - widać, ze nie jest przekonany, ale jest też zbyt zapatrzony w siebie, by skumać, ze kłamię. Pociągam nosem tak mocno, ze po chwili cała pierś mi się trzęsie.
Zabieram resztę swoich rzeczy z podłogi. Coraz bardziej chce mi się płakać. Chcę już wyjsć z pokoju, ale Ross się do mnie odzywa.
- Ona żyje.
- Skąd wiesz?
- Czuje. Nie no dobra, tak serio to dzwoniłem do szpitala i wszystko ok.
- No okej.
Wychodzę z jego domu i od razu kieruję się do szpitala.

Na recepcji pytam się, gdzie JJ ma pokój. Na szczęście nie muszę długo szukać, bo jest na tym samym piętrze.
- Mogę? - pytam się lekarza, który akurat opuszczał salę.
- A kim pani jest?
- Siostrą.
- No dobrze. - kłania mi się i wychodzi zostawiając mnie z JJ.
Wygląda dobrze. Nie ma już śladów krwi. Ma tylko głowę owiniętą bandażem.
- I jak tam?
- Dobrze. - odpowiada mi uśmiechnięta. - Nic mnie już nie boli.
- A co się właściwie stało. Zgasło światło i... co?
- Ludzie zaczęli biegać i jak wybiegliśmy na dwór, to ktoś mnie popchnął i rozbiłam sobie głowę. Cała historia. - kończy, a ja przytulam ją dość mocno... - Chwila... - o nie. - Ty nie perfumujesz się męskimi wodami o ile mi wiadomo. - zwęża oczy i o chwili klaszcze w dłonie. - Spałaś u Ross'a. Wiedziałam! Czyli wszystko poszło zgodnie z... - po chwili przerywa widząc mój wzrok.
- Zgodnie z czym?
- Niczym.
- JJ! Co ty wymyśliłaś? Gadaj!
- Ał! Moja głowa!
- Przestań udawać i gadaj. - mówię na skraju wytrzymałości.
- No bo... wymyśliłam z Violet, ze gdy zgasimy światło, to Ross na pewno wyratuje ciebie. Zaczęłyśmy krzyczeć i uciekać z wszystkimi, ale szybciej zamknęłyśmy drzwi od pokoju, do którego weszliście.
- Po pierwsze: skąd wiedziałaś, ze to wypali? Po drugie: żyjesz w jakimś filmie? Przestań nas swatać! Mam tego dosyć!
Wychodzę trzaskając drzwiami. Mam dosyć jej, tego Halloween, Ross'a.
Mam dosyć tego miasta!

_________________________________________________________________________________

Chcę serię 4!!!

poniedziałek, 27 października 2014

Zapowiedz sezonu 4 - Niegrzeczne wakacje

Słońce, plaża, wakacje! W końcu mam czas dla siebie i dla... nastolatków...
Tak jest! Dostałam prace w obozie poprawkowym dla młodych "przestępców".  W sumie, po prostu leniów, którzy nie zdali. Przynajmniej tak to nazywają.
Jest to coś w rodzaju szkoły letniej, ale młodzi uczą się tutaj tylko tych przedmiotów, z których nie zdali, albo są bezradni. No i jak na złość mi trafiła się matematyka... Czyli mam ful młodych osób na karku.
Ale nie to jest najgorsze...
Ross.
W końcu są to wakacje, więc mi przypadło uczenie ciężkiej i nudnej mamy, a mu... nauka muzyki.
Śpiewanie, tańczenie...
No ja wale! Gdzie tu sprawiedliwość? I jeszcze płacą nam po tyle samo...
Ale zdecydowanie najgorszą rzeczą jest to, że na obozie mamy pełno seksownych dziewczyn i chłopaków...
Seksowne laski...
NAUGHTY BOY wrócił!!!


niedziela, 26 października 2014

Rozdział 57

"Nie chciało mi się gadać z Ross'em jeszcze długi okres czasu. Czasami -  racja - zamieniliśmy dwa słowa, ale nic poza tym. Nie uczę go. Ale to już chyba od dawna. Teraz korki dostaje od jakieś nauczycielki. Odkąd tylko wyszłam ze szpitala, nasze oczy często się napotykały. Ale to tyle. Widziałam, jak czasami po prostu pragnie... pragnie? No dobra, może tylko chce pogadać, ale za każdym razem, gdy tylko się zbliżał robiłam swoją słynną kwaśną minę. 
Ale... jeden jedyny raz straciłam czujność. To było wtedy kiedy wyszłam ze szpitala:
Kiedy siedziałam na WF męska część naszej klasy grała w kosza. Nie miałam nawet najmniejszej ochoty na nich patrzeć, ale... zdjęli koszulki. Każda kropla potu tak seksownie spływała po jego opalonym ciele. Jego klatka w rytm niespokojnego oddechu... Cholera czy on musiał zdjąć koszulkę? Chwilka nieuwagi i już robię maślane oczka..."

A teraz? JJ właśnie tapiruje mi włosy, a ja zakładam welon. Po chwili na moich ramionach ląduje ramiączka od najpiękniejszej sukni ślubnej. Ale chwilę później ląduje na niej czarna i zielona farba.
Tak jest! Halloween!
- Wyglądasz super! - JJ uśmiecha się do mnie.
- Tak sobie... - patrze się na siebie w lustrze. Chyba wolałabym być kimś innym niż gnijącą panną młodą. - No nieważne! Nie mogę się doczekać. Violet podobno jest zakochana w Haloween, no ale w końcu mieszkała w Kanadzie obok najstraszniejszego domu strachów, tego wiesz... Nightmares Fear Factory. I się nauczyła się wszystkich tych technik. 
- Wiem. Chciałam tam pojechać, ale później się bałam, bo obejrzałam jakiś filmik. 
- Ja zawsze chciałam, ale później się tu przeprowadziłam i się pokomplikowało...
- Dobra, przestań wspominać! Chodźmy!
JJ ledwo schodzi w swoich butach na dół, ale ja też nie jestem lepsza. Czemu wybrałam takie szpile?

Idziemy ulicą prosto do "Night gate to hell" najstraszniejszego domu w naszym stanie. Dziwne jest to, ze jest tak blisko takiego małego miasteczka ulokowali takie coś.

- JJ! - Violet wita JJ, a chwilę później mnie. Jest przebrana niesamowicie. Coś a'la wróżka, ale o wiele mocniej... mroczniej.
Impreza jest niezła. trochę straszna atmosfera, no bo w końcu ten dom, nie jest jakiś dziecięcy.
I nagle zauważam coś co sprawia, ze robi mi się zimno.
Ross...
Dawno z nim nie gadałam i w sumie, nie czuję się jakoś gorzej, ale ubrał się tak...
Przebrał się z wampira. Ale takiego seksownego. Czarna marynarka, wysoko ułożone włosy i kły... no i dopełniające mroźne spojrzenie w oczach, która akurat ma na co dzień...
Nagle gaśnie światło. Super! Wspaniały żart jak na Halloween...

Ale coś jest nie tak... Ludzie zaczynają wrzeszczeć, jakby sie naprawdę bali. Zaczynają się popychać
i uciekać. Nie mam pojęcia o co chodzi, ale nagle czuję szarpnięcie w dole sukienki, miliony rąk na swoim ciele. Zaczynam krzyczeć i zasłaniać uszy. Ktoś szarpie mnie za rękę. Nic nie widzę, ale nagle krzyki stają się jakby stłumione, aż w końcu zupełnie cichną. Siedzę w jakimś ciemnym pokoju. Nie mam siły zdjąć rąk z uszu i otworzyć oczu, ale wiem, ze nie jestem tu sama. Zaczynam płakać.
- Nie rycz! - choć uszy mam nadal zasłonięte poznaje głos Ross'a. Powoli otwieram oczy. Ledwo go widzę, bo w pokoju nadal jest ciemno i jedyne, co go lekko oświetla to blask księżyca.
- Co się stało? - pytam uspokajając oddech.
- Nie wiem. Chyba korki wysiadły. Ludzie się przestraszyli i biegali w popłochu. Widziałem jak tam też wrzeszczysz, wiec szybko Cię tutaj wciągnąłem.
- Boże... czyli to były korki. Czułam na sobie jakieś tysiąc dłoni. Tak mnie obmacywały...
- Wolisz jak tylko moje to robią... - uśmiecha się, a ja wściekła prycham.
- Chyba tak, wiesz? - odpowiadam sarkazmem. - Wynośmy się stąd! Nic nie widzę! Gdzie są drzwi?
- Spokojnie nie gorączkuj się tak! - krzyczy, a ja szarpię za klamkę.
- Jak mam się nie gorączkować skoro drzwi są zamknięte!
- Co? - Ross podbiega do drzwi i je wyszarpuje! - Cholera jasna! Halo!!! - zaczyna w nie walić, ale po drugiej stronie nic nie słychać. Co się dzieje?
- Musimy jakoś wyjść! Ci ludzie nie mogli tak zniknąć!
- Wiem. Jest stąd wyjście...
- Gdzie?
- Tam są jakieś drzwi - Ross wskazuje na jakieś bardzo małe drzwiczki, trochę jak na wzrost Hobbita. Nie zauważyłam ich wcześniej.
- Może nie powinniśmy iść? Wiesz... nagle gaśnie światło, ludzie wrzeszczą, a po chwili nikogo nie ma! W horrorach źle się takie rzeczy kończą.
- Aha. To super, ale ja chcę stąd wyjść, a poza tym... To Halloween sweety! Tu się trzeba bać. To jak? Idziesz ze mną? - wyciąga do mnie rękę. Chwytam ją. Podnosi mnie z podłogi.
Idziemy w stronę małych drzwiczek.
- Pani przodem. - uśmiecha się.
- Bohater. - prycham z sarkazmem i prześlizguję się przez nie.
Po chwili znajduję się w jakimś strasznie dużym korytarzu oświetlonym pochodniami. Jej! Ten dom strachów jest cudowny! Po chwili Ross stoi koło mnie. Korytarz mnie przeraza pod jednym względem. Jest wąski i na końcu ma jedne drzwi. No ja...
Idziemy nim bardzo powoli. Jest mega długi. W końcu to dom strachu.
- Czemu nie chciałaś ze mną gadać jak wyszłaś ze szpitala? - o cholera. Tego się nie spodziewałam.
- I tak z naszych rozmów wynikały same kłótnie, więc...
- Chodzi o ta piosenkę? Po co wysłałaś JJ do mnie?
- Nie wysyłałam. Sama poszła jak ją przypadkowo zobaczyła.
- Ta piosenka nie była o tobie.
- To wiem. Była o dziewczynie, którą przeleciałeś jak wyszedłeś ode mnie ze szpitala...
- No tak... - widać, ze jest zażenowany. - Ale ja mogę posuwać kogo chcę.
- Nie, nie, no oczywiście, ze możesz. Nikt Ci nie zabronił i nie zabroni. - Tleniony pajac.
Dochodzimy do drzwi. Ross naciska na klamkę i powoli je otwiera. Cholera! Zejście do piwnicy.
- Nie zejdę tam!
- Chodź. - łapie mnie za rękę. Jest ciepła. I przyjemna w dotyku.
W piwnicy jest okropnie. wszędzie leży pełno sztucznych trupów, szczurów i kurz. Ale zdecydowanie najbardziej straszy mnie sztuczna Samara. Boże! Ja prawie ataku palpitacji dostałam, cokolwiek to jest.
Na końcu jednego z korytarzy piwniczki są kolejne drzwi. Ross je otwiera i cudem wychodzimy na zewnątrz. Spoglądam na dom cała zapłakana. Naprawdę, jestem przerażona. W domu jest ciemno i nikogo nie słychać. Jezu...
Idziemy z Ross'em na przód domu, ale coś przykuwa moja uwagę. Na krzakach leży kawałek czarnego siatkowanego materiału. JJ miała z podobnego zrobioną sukienkę. Nagle zaczynam krzyczeć, a Ross podbiega do mnie.

W krzakach widzę JJ z rozbitą głową. Klękam przy niej. Oddycha, ale jest nieprzytomna. Słyszę tylko jak Ross dzwoni na pogotowie. Z moich oczy ciekną łzy.
Po 5 minutach zabierają JJ na noszach, a od nas biorą dokumenty i pytają co się stało. Nie wiem co się stało, do jasnej cholery! Ratujcie JJ!
Po chwili widzę jak karetka odjeżdża,a ja siadam na trawie trzęsąc się z szoku i z zimna.
- Odprowadzę Cię do domu.
- Nie. - nikogo u mnie w domu nie ma, a po dzisiejszym dniu nie mam ochoty spać sama. - Mogę... mogę iść do ciebie?
- Jasne. - odpowiada beznamiętnie i bierze mnie za rękę podnosząc z trawy. - Obiecuję, ze nie będę nic robił... chyba - śmieje się, ale nie poprawia mi to humoru.

W domu jest jego całe rodzeństwo, które też już powracało z imprezy. Ross wszytko tłumaczy swoje siostrze, a blondynka bierze mnie pod ramię. Chyba miała na imię Rydel...
W swoim "przeróżowionym" pokoju daje mi piżamę i ręcznik. Szybko biorę prysznic i wchodzę do pokoju Ross'a. Blondyn brzdąka coś na gitarze, ale kiedy zauważa mnie w drzwiach szybko ją odkłada.
- Fajna. Co to za piosenka?
- Always. Nasz stary kawałek, ale czasami lubię sobie tak... pograć. Rydel przygotowała dla ciebie łóżko na dole.
- Dzięki. - mam ochotę wyjść z pokoju, ale coś... mnie zatrzymuje. - Mogę spać z tobą? - Ross krztusi się sokiem, który akurat pił. Trochę mnie to śmieszy.
- Okej? - wygląda jakbym nagle zaproponowała mu jakąś nieprzyzwoitą propozycje.
Kładę się pod kołdrą i próbuję zasnąć, Po niecałych 15 minutach Ross przychodzi świeżo umyty, pachnący jakimś bardzo męskim żelem. Gasi światło i sadowi się obok mnie, ale w bezpieczniej odległości. I bardzo dobrze. Chociaż w tym momencie mam ochotę się do niego przytulić. Bo jest mi zimno...

________________________________________________________________________________

Omg tak dawno nie pisałam, zę ten rozdział wydaje mi się tak drętwo napisany. Dobra, wiem muszę przestrać z słodkością i wrócić do Naughty, ale musiscie dać mi skończyc serie 3, a zacząć serię czwartą bo tam mam zaplanowane dużo ostrego i dużo zazdrości :D. Wiem! Ja też chce już pisać czwóreczke, ale niestety muszę dokończyć operę mydlaną zwaną serią 3

wtorek, 14 października 2014

Rozdział 56

- Coś nie tak? - pyta Brandon, o którym kompletnie zapomniałam.
- Nic. Przepraszam Cię, ale wolałabym teraz zostać sama. Chce iść spać.
- Na pewno?
- Tak. - macham ręką i na chwilę kładę się na poduszce. Tylko gdy słyszę trzask drzwi, ponownie rozwijam papierek. Czytam ta piosenkę, znowu i znowu i znowu. Rodzi się pytanie? O kim to jest? I czy ten papierek znalazł się przypadkiem czy może "specjalnie" go upuścił. Nie, to by było głupie...
Cóż kilka cytatów się zgadza i kilka niekoniecznie... Dobra, większość się zgadza, ale Ross od dawna nie mówił na mnie dziwka. Ale... może on napisał o tym naszym ostatnim "przypadku"...
Nieważne. Nie mam siły nad tym rozkminać.
Zmęczona kładę się spać i odpływam w błogi sen.
Drugiego dnia robią mi wiele badań, które wykańczają mnie do tego stopnia, ze gdy tylko puszczają mnie wolno, padam na poduszkę i idę spać.
Trzeci dzień - leżę. Z nudów po raz ósmy czytam Harry'ego Potter'a, ale ta cała magia znika, kiedy pomiędzy wersami książki, ciągle krąży mi słowo dziwka.
- Cholera! - rzucam książkę na półkę w tym samym momencie kiedy do pokoju wchodzi JJ.
- Jane? Wszystko okej? - powoli podchodzi do łóżka zachowując najwyższą ostrożność.
- Tak. - odpowiadam zmęczona.
- Co to? - O nie! JJ podnosi z podłogi piosenkę Ross'a. Kiedy ją czyta marszczą jej się brwi. - Kto to napisał?
- Ym... - nie chcę jej mówić. Przynajmniej nie teraz.
- Ross... - wściekła zgniata papier. - Ma przesrane! - JJ wybiega z pokoju, a ja nie zdążam jej zatrzymać. Cholera! Nie mogłam tego gdzieś schować? ale nie! Ja muszę walić książką o blat i przy okazji zrzucać wszystko z niego. Próbuję się jakoś to niej dodzwonić, ale na nic moje starania. Nie odbiera. No nic. Nie mogę wyjść, bo oni mnie zabiją. Wszystko w rękach JJ...


- Ross? - Rydel woła mnie z dołu. Jacie, czego ona znów chce? Czy ta blondyna nie może sobie sama z czymś poradzić? Ehh...
- Idę! - niechętnie podnoszę się z łóżka. Zakładam trampki, bo mam pewność, ze będzie kazała wynieść mi śmieci czy skoczyć do sklepu po jakieś badziewie. - Co... Jane? - w drzwiach widzę JJ. Co ona tu robi? Jest wściekła, a a ręku trzyma jakiś papierek. Odruchowo łapię się za kieszeń styłu spodni. O cholera!
- Ross? Możemy porozmawiać? - na twarzy ma ten wścibski uśmieszek, a moja twarz od razu nabiera wściekłego wyrazu.
- Jasne. - odpowiadam przez zaciśnięte zęby.
- Świetnie! - JJ wchodzi do domu, a zdziwiona Rydel zamyka za nią drzwi.
- Myślałem, ze pogadamy na dworze...
- To źle myślałeś. Porozmawiamy tutaj. W twoim pokoju. - mija mnie na schodach i delikatnie szepcze na ucho - Żebyś nie mógł mnie poobrażać jak to zwykle robisz. - i znów się uśmiecha. Zniechęcony idę za nią. Wchodzę do pokoju, a ona zamyka za mną drzwi.
- Więc... - siada na łóżku, a ja wpatruje się w jej każdy wygestykulowany ruch. Kurde... zapomniałem jakie ona ma super ciało. Cycki, tyłek... Ross! Pamiętaj jesteś wściekły i nieugięty, ale... musiała założyć bluzkę z dekoltem. - Gadaj... co to jest? - próbuję przechwycić kartkę, ale w rezultacie ja padam na łóżko, a ona szybko wstaje i zaczyna czytać.
- 'Nigdy nie pokocham Cie na tyle mocno, by Ci zaufać.Po prostu się spotkaliśmy i po prostu Cie wyruchałem". Śliczna piosenka, ale czy odpowiednia na zespół Disney'a. 
- Ona nie jest zespołu disney'a!
- Och, naprawdę? Austin? - złość ze mnie kipi jeszcze bardziej kiedy widzę jak ją to bawi.
- Naprawdę. - zachowaj zimną krew.
- Naprawdę? A do kogo ją napisałeś? Do Ally? - jeszcze chwila, a ściągnę z niej tą bluzkę siłą - Do kogo!
- Do nikogo...
- To po co dałeś ją Jane?! - jest wściekła...
- Nie dałem! Wypadła mi!
- No jeśli nawet ci wypadła to nie napisałeś jej od tak! O kim to jest!? Mów! Tylko po to tu przyszłam! Jane jest smutna, przez to...
- Jest? - przejmuję się tym?
- Tak. - prycha i wyczekująco tupie nogą. - O kim? - jej ton trochę zelżał, chyba po tym jak zauważyła, ze "niby" przejąłem się Jane.
- O dziewczynie.
- W to nie wątpię. - syczy.
- Którą znam...
- Nie możesz po prostu się przyznać, że jest o Jane?! - wybucha, co mnie nakręca do granic możliwości.
- Nie jest o Jane! Jest o dziewczynie, która wczoraj przeleciałem, bo miałem na to ochotę!
- Co zrobiłeś?
- Przeleciałem. Pieprzyłem. Ruchałem...
- Co?
- Dobrze, więc po angielsku: Uprawiałem z nią seks. Pasuje?
- Świnia! Bierz sobie tą piosenkę. - rzuca we mnie kartką papieru i trzaska drzwiami.
- JJ! - wychodzę z pokoju próbując ją zatrzymać. - Nie mów Jane!
- A niby czemu? Wiesz gdybyś naprawdę ją lubił to eee... - spogląda siew  oczy mojej siostry - nie zrobiłbyś tego jej. Cześć! - trzaska drzwiami. Super!
- Ross? - zagaduje mnie Rydel, ale ja nie mam na nic ochoty.
- Odwal się! - wbiegam do pokoju trzaskając drzwiami. Po raz kolejny chyba napiszę coś czego później będę żałował. Szybko wyrywam kartkę i zaczynam po niej gryzmolić.


Patrzę i głęboko zaglądam Ci w oczy 

Z każdym razem mój dotyk sięga coraz dalej
Gdy odchodzisz, błagam byś została
Wołam Cię po 2, 3 razy z rzędu.
Tak zabawną rzec usiłuję wytłumaczyć Ci,
Jak się czuję i tylko dumę mogę za to winić

Pięknie. Cudownie. Kolejna beznadziejna zwrotka. Ale ta przynajmniej umiałaby wszystko wytłumaczyć. Ale teraz Jane raczej nie będzie miała ochoty mnie widzieć.


- Jane! - JJ wpada wściekła, ale uśmiechnięta do sali. Kiedy jednak napotyka mój wzrok mina jej rzednie.
- Co jest? - marszczę brwi.
- Em...
- Wiesz o kim jest ta piosenka?
- No... no tak, ale...
- O mnie?
- Nie, nie o tobie... - o to nawet nieźle. Czyli Ross nie ma mnie za kompletną dziwkę. To nawet miłe... - Ale o dziewczynie...
- Tego nie trudno się domyślić - śmieję się.
- Którą przeleciał...
- To wiadome - nadal nie wiem o co jej chodzi.
- Wczoraj. - Nie.
- Aha. To fajnie.
- Nie jesteś wściekła?
- Nie. - trochę. - Może robić co chce, w końcu my się tylko "przyjaźnimy". Ważne, ze nie jestem owa "dziwką". Heh. - wcale nie jest mi do śmiechu.
- Wiesz co muszę lecieć, przepraszam. 
- Nie ma sprawy! Leć! - uśmiecham się do niej i po chwili słyszę już tylko masakrycznie denerwującą ciszę.
- Cześć skarbie? - moja mama wchodzi do sali co mnie bardzo dziwi. Pozwolili jej wyjść z pracy? - Płaczesz?

_________________________________________________________________________________
Pisany na szybko, ale oczywiście całkiem ok
Piosenka Beyonce - Crazy in Love, ale wersja z greya lepsza <3
nie sprawdząłam :/